Stefan Żywotko

3. BIOGRAFIA

Stefan Żywotko (ur. 9 stycznia 1920 we Lwowie) polski piłkarz i trener piłkarski. Jest najbardziej utytułowanym za granicą polskim szkoleniowcem. Sukcesy odnosił w algierskim JS Kabylie, którego trenerem był przez 14 lat.

Swoją przygodę z piłką rozpoczął w Czarnych Lwów, grających wówczas w lidze okręgowej. Po wybuchu II wojny światowej Żywotko trafił do założonego przez Rosjan Spartaka Lwów, gdzie grał razem z Kazimierzem Górskim.

W 1944 roku został powołany do polskiego wojska. Brał udział w I Igrzyskach Ziem Odzyskanych i Północnych.

Po wojnie grał w Arkonii Szczecin, gdzie w 1950 roku zakończył karierę.

W 1956 roku rozpoczął swą pierwszą szkoleniową pracę w Arkonii. Podczas 9 lat pracy ze szczecińskim klubem zaliczył awans do ekstraklasy, ale także, jedyny w swojej karierze trenerskiej, spadek.

W 1965 roku objął stanowisko szkoleniowca innego szczecińskiego klubu- Pogoni. Już w pierwszym sezonie pracy, w składzie z takimi zawodnikami jak Jerzy Krzystolik, czy Waldemar Folbrycht, wywalczył awans do 1. ligi

W latach 1970-1972 ponownie pełnił rolę trenera Arkonii, a następnie z powodzeniem prowadził Wartę Poznań (awans do 2. ligi) oraz Arkę Gdynia (awans do 1. ligi).

W latach 1977-1991 Żywotko trenował algierski JS Kabylie.

Największe sukcesy w karierze trenerskiej Stefan Żywotko odnosił własnie w Algierii. W 1977 roku objął posadę trenera w JE Tizi-Ouzou (obecnie JS Kabylie) i z miejsca stał się prawdziwą legendą tego klubu. W przeciągu 14 lat siedmiokrotnie sięgnął z tym zespołem po Mistrzostwo Algierii oraz dwukrotnie po afrykańską Ligę Mistrzów. Jak sam przyznaje – w Algierii jest o wiele bardziej znany i ceniony, niż w naszym kraju.

Pan Stefan wielokrotnie otrzymywał propozycje prowadzenia innych algierskich klubów, a nawet reprezentacji Lisów Pustyni, jednak Polak nigdy nie skorzystał z tych ofert.

4. WYWIAD

Trener najdłużej pracujący z pierwszym zespołem Pogoni (1965-69) – ten tytuł od kilkudziesięciu lat należy do Stefana Żywotko. Ekipę portowców objął w 1965, gdy spadła z ekstraklasy. W pierwszym sezonie swojej pracy wywalczył awans. W roku 1968 poprowadził granatowo-bordowych do szostego miejsca w krajowej piłkarskiej elicie – wówczas najwyższego w dwudziestoletniej historii klubu. To pod wodzą Żywotki portowcy ogrywali legendarnego Górnika z Lubańskim, Polem, Szołtysikiem w składzie. Górnika, który kolekcjonował tytuły mistrza Polski i który jako pierwsza polska drużyna dotarł do ćwierćfinału Pucharu Europy (1968), a w 1970 r. wystąpił w finale Pucharu Zdobywców Pucharów.

Wtedy przed meczami z Górnikiem mówiło się tylko, ile można przegrać. Wszystkich łamali – wspomina 91-letni Stefan Żywotko. – My wygraliśmy, w obecności 40 tysięcy kibiców. Czy kiedyś wrócą te czasy? Jeśli postawi się na szkolenie młodzieży, jeśli w pierwszej drużynie będą wychowankowie, jeśli szczecinianie znów zaczną się utożsamiać z Pogonią.

Kilka dni temu dał się namówić na wizytę w klubie Pogoni, odebrał karnet, zwiedził salę tradycji, pogawędził ze swoim byłym podopiecznym Waldemarem Kaszubskim (w latach 60. podstawowy obrońca Pogoni, od lat mieszka w USA, do Szczecina przyjechał na święta). Kiedy trener Włodzimierz Obst zaprosił starszego kolegę na trening trampkarzy, „żeby wybrał czterech, pięciu dobrych chłopaków”, Żywotko zażartował: – A tutaj jeszcze są tacy?

Nie ma jak Lwów

Stefan Żywotko to rodowity lwowiak. Pamięta derbowe mecze Pogoń – Czarni. Jako 17- 18-letni chłopak grał w Czarnych, ale już w lidze okręgowej (spadli w 1933 r.). Na Pogoń chodził do sekcji pływackiej, bo tylko ten klub miał basen.

Byłem większym powidlakiem niż poganiaczem – przyznaje. – Dlaczego powidlaki? Od czarno-czerwonych koszulek, które przypominały powidła. Do Czarnych miałem bliżej, bo mój ojciec był tam działaczem. Poza tym – pracowałem w fabryce konserw Zygmunta Ruckera, jednego z głównych sponsorów Czarnych. Oba kluby znajdowały się w dzielnicy Stryjskiej, boiska miały dosłownie przez miedzę, więc była też rywalizacja – opowiada Żywotko.

Oprócz Pogoni i Czarnych we Lwowie było jeszcze kilka ligowych piłkarskich zespołów – Lechia (na Łyczakowie), Hasmonea, Ukraina.

Jak wyglądały mecze derbowe? Ilu kibiców je oglądało?

Nawet dziesięć tysięcy. Jak na tamte czasy i pojemność obiektów to bardzo dużo – tłumaczy pan Stefan. – Nie było jednak takiego szowinizmu, agresji na stadionach jak teraz. Słyszało się różne zabawne przyśpiewki. No i oczywiście „sędzia kalosz”. To było najgorsze określenie, matki mu nie ruszali – dodaje Żywotko.

Były piłkarz Czarnych pamięta tylko jedno niebezpieczne zdarzenie na stadionie, w Drohobyczu.

Graliśmy z Betarem o awans. Wygraliśmy. Publika wbiegła na murawę, rozróba była straszna.

Z Górskim na boisku i kursie trenerskim

W czasie okupacji Żywotko spotkał – oczywiście na piłkarskim boisku – Kazimierza Górskiego. Występowali razem w zespołach założonych przez Rosjan, m.in. Spartaku. W 1944 r. pan Stefan trafił do polskiej armii. Wojenne losy rzuciły go do Koszalina, później do Gryfic. O futbolu nie zapomniał. Brał udział w I Igrzyskach Ziem Odzyskanych i Północnych.

Moja dywizja zrobiła drużynę. Pamiętam – szyliśmy koszulki i spodenki z niemieckich flag – opowiada.

Na Ziemiach Odzyskanych Żywotko spotkał swojego dawnego szefa z fabryki konserw we Lwowie, ten ściągnął go do pracy w Szczecinie (Zrzeszenie Przemysłu Konserwowego) w małej przetwórni mięsa przy ul. Jagiellońskiej, blisko pl. Lotników.

Przez jakiś czas mieszkałem razem z niemiecką rodziną. Jakoś egzystowaliśmy, jedzenie im przynosiłem – tłumaczy. – Pewnego dnia na ulicy spotkałem Skobla [Bronisław Skobel, piłkarz, a w latach 50. i 60. prezes Pogoni – red.]. Powiedział, żebym przyszedł na stadion w Lasku Arkońskim. Wystąpiłem w zespole Urzędu Wojewódzkiego. Przerżnęliśmy 1:6, bo tam same kalectwo grało, ale strzeliłem honorową bramkę. I zaproponowali mi przejście do drużyny milicyjnej.

Tak Żywotko trafił do Gwardii, późniejszej Arkonii. W 1950 r. zawiesił buty na kołku, ale zajął się trenerką. W 1952 r. na kursie trenerskim w Krakowie znów spotkał się z Kazimierzem Górskim.

W Arkonii przepracował kilkanaście sezonów. Zaliczył awans do ekstraklasy, ale też bolesny spadek. Tylko raz zleciałem z ligi. Przez działaczy i chore układy. To mnie bardzo dużo nauczyło – opowiada.

Trener – strażak

W 1965 r. otrzymał propozycję pracy na Twardowskiego. Miał odbudować zespół po spadku do II ligi. W pierwszym sezonie wywalczył awans. Jednym tchem wymienia nazwiska ówczesnych zawodników – Szlinter, Kaszubski, Fijałkowski, Ksol, Krzystolik, Gacka, Ptaszyński, Łowkis, Kielec, Maślanka, Malinowski, Folbrycht, Kasztelan, później Boguszewicz, Justek, Wojciechowski, Jakóbczak.

– To była grupa naprawdę dobrych piłkarzy, choć mieli różne słabości – mówi Żywotko, znacząco się uśmiechając. – Ja jednak potrafiłem rozpoznać, w jakiej są formie. Wystarczy, że przed treningiem spojrzałem człowiekowi w oczy i już wiedziałem. Serwowałem takiemu delikwentowi specjalny zestaw ćwiczeń i „zdrowiał”, a za kilka dni w meczu mistrzowskim był najlepszy na boisku.

Pamiętne spotkania na Twardowskiego?

Wygrane z Górnikiem Zabrze, ówczesną potęgą polskiej piłki. Ale nas też się bali. W ostatnie 15 minut potrafiliśmy załatwić każdego przeciwnika. To był tzw. kwadrans Rapidu. Wszystkie swoje drużyny tak szykowałem. Piłkarze musieli mieć kondycję. Jeśli porządnie przepracowali ze mną zimowe przygotowania, nie przegrywali. Żywotko wspomina, jak w latach 70. robił awanse (do II ligi) z Wartą Poznań, a później (do I ligi) z Arką Gdynia.

Byłem trenerem-strażakiem, takim pogotowiem ratunkowym – żartuje. – Przygoda z Wartą zakończyła się w dniu, kiedy prezes, palant, przyniósł mi kartkę ze składem. Zapytałem tylko: czy to jest żart? Spakowałem się i wróciłem do Szczecina.

Żywotko przyznaje, że tylko w Pogoni nikt nie próbował dyktować mu składu. Przypomina też historię z Trójmiasta, kiedy lokalny dziennik skrytykował go za to, że… po podjęciu pracy w Arce stwierdził, że celem jest powrót do I ligi.

Lechia Gdańsk była wtedy bardzo forowana, ona miała awansować – tłumaczy Żywotko. – Tylko redaktor Tomasz Wołek mnie „bronił”. Pytał, jak to możliwe, trenerowi odmawia się ambicji.

Dziadzia Stefan zdobywa klubowy Puchar Afryki.

W roku 1978 Stefan Żywotko „za zasługi w pracy trenerskiej” otrzymał zgodę władz na pracę za granicą. Miał wyjechać do Grecji, później do Kuwejtu. Ostatecznie – znalazł się w Algierii, w mieście Tizi Ozou. Spędził tam 14 lat. Z klubem Jeunesse Sportive de Kabylie dziewięciokrotnie zdobył mistrzostwo kraju! Dwa razy wygrał też klubowy Puchar Afryki, czyli tamtejszą ligę mistrzów. W Tizi Ozou jest legendą.

Dostałem nawet medal od prezydenta. Tam jestem bardziej znany niż w Polsce – przyznaje pan Stefan. – Kilka lat temu poleciałem do Algierii na specjalne zaproszenie klubu. Był pełny stadion. Ludzie wołali „Dziadzia Stefan”, pozdrawiali. Prezes klubu proponował, żebym został, pomógł drużynie, bo od mojego odejścia ani razu nie byli mistrzem. Musiałem odmówić. Już nie te lata.

Szczeciński trener jako jedyny Polak osiągnął takie sukcesy za granicą i tak dobrze poznał afrykańską piłkę. W latach 80. do Algierii ściągnął ekipę Pogoni. Tamtejsza kadra szukała mocnego sparingpartnera, a portowcy byli w czołówce polskiej ekstraklasy.

Pamiętam ten mecz. Bardzo mocno padało. Gospodarze wysoko prowadzą. Wchodzę do szatni Pogoni i pytam trenera Leszka Jezierskiego: może chcecie nowe, suche koszulki. A Jezierski mi na to: – Ty mi nowych piłkarzy daj, a nie koszulki. Miał chłop poczucie humoru.

 

opracował Tomasz Tchórzewski